środa, 10 grudnia 2014

Rozdział 1


"Trudno mi powiedzieć
Do widzenia - do widzenia... 



13.06.2012,  15:49


"Czym jest ból? 

Ból to cierpienie. Coś, co niszczy nas od środka, robiąc kolejne dziury w naszym ciele, tak byśmy odczuli to najgorzej. By nas zniszczyło, pozbawiło najmniejszego rąbka nadzieji...
Ktoś kiedyś mi powiedział, że nadzieja umiera ostatnia. 
W moim przypadku umarła jako pierwsza.
Ból tylko to wzmocnił. 
Zniszczył tą jedyną barierę utrzymującą mnie przy racjonalnym myśleniu.
Zniszczył moje poczucie wartości. 
Czułam się jak zwykły śmieć, który nadaje się tylko do wyrzucenia, do zniszczenia. 
Byłam nikim, jestem nikim.
Jestem nikim.
To wszystko mnie zniszczyło, rozdarło od środka tak, że nie czułam niczego poza pustką.
Nikt mnie nie rozumiał."



*


Cassie stała właśnie przed jedną z wielu kamienic w Londynie. Jedną ręką dźwigała potężną, czarną walizkę, a w drugiej biały telefon, który z trudnością trzymała przy uchu. Wodząc wzrokiem po okolicy, stwierdziła, że nie jest aż tak źle, jak sobie wyobrażała. Kilka drzew otaczające kamienice, dwie ławki i stara huśtawka.
Stara zaniedbana huśtawka.
Ruszyła wolnym krokiem wzdłuż alejki, prowadzącej do dwóch samotnych ławek, na których raczej rzadko ktoś bywał. Z wielkim westchnieniem usiadła na jednej z nich, wybierając ponownie numer.
-John, naprawdę jesteś aż takim imbecylem, aby nie włączyć sobie dźwięku w telefonie? - spytała z nutą ironii w głosie.
-O! Kogo moje uszy słyszą? Czyżby była to moja piękna siostrzyczka z jednego łona?
-John, przestań. Jestem pod twoją kamienicą, gdzie ty do cholery jesteś? Jak ja mam to wnieść na samą górę? Nawet nie mam klucza...
-Spokojnie, już jadę! Mam nawet dodatkową pomoc - przerwał jej.
-Pośpiesz się.
Usłyszała ciszę po drugiej stronie, więc zablokowała urządzenie i schowała do przedniej kieszeni spodni.
Właściwie, po co Cassie przyjechała do Londynu? Odpowiedź jest bardzo prosta: studia.
A dlaczego?
Nic nie trzymało jej w rodzinnym domu, nie miała za dużo przyjaciół, nie miała zbyt ''dobrej'' reputacji, więc oddała się temu, co od zawsze uwielbiała - nauce. John tylko jej w tym pomógł, pozwalając wprowadzić się do jego mieszkania. A kim jest John?
John to brat bliźniak Cassie. Mimo, że są w tym samym wieku John bardziej się...usamodzielnił. Nie to co Cassie. Ona była bardziej strachliwa, wrażliwa. Bardziej podatna na zranienie. Przeszłości nie da się zmienić, ale musimy iść ciągle na przód, by uzyskiwać jakiekolwiek efekty. Efekty tego, że się starliśmy. Staraliśmy się zapomnieć.
Chciała pozostawić stare, nieudane życie i zacząć nowe, zupełnie od początku.
Chciała zapomnieć to, co siedzi najgłębiej w jej umyśle. To, co przypomina się jej każdej nocy, kiedy układa się do snu. Ale ona nie potrafiła.
Nie potrafiła żyć ciągle w kłamstwie. Że wszystko jest okej, jak najbardziej w porządku. Nie znosiła tej obojętności na co dzień. Nie cierpiała tego uczucia, jak bardzo łatwo się poddawała. Tego, że nie potrafiła stanąć przed osobą i wygarnąć to wszystko, co uczyniła. Tego jak cierpiała, jak nie mogła znieść myśli, że stała się najgorszą ofiarą. Czuła się jak mała zagubiona owieczka, którą wilk zagonił w ciemny kąt i za chwilę zrobi z nią, co chce.
Tak, była taką małą owieczką. A ON był wilkiem, który miał zamiar odebrać jej całe życie.
I odebrał, wiedząc jak to wsiąknie w jej psychikę i zostanie do końca. To miała być kara, którą ona wcale nie powinna odczuć na sobie. Kara, która była jedną wielką pomyłką dla nieodpowiedniej osoby.
Cassie kiedyś miała przyjaciółkę.
I kiedyś zastanawiała się, czy prawdziwe przyjaźnie istnieją. Wtedy pomyślała, że tak. Ale teraz po upływie tylu lat, stwierdziła, że nie. Nie mogą istnieć, choć to tylko pozory. Muszą istnieć, inaczej życie całej populacji ludzi byłoby najbardziej na świecie...nudne?
A miłość? Lily zawsze, kiedy tylko usłyszała to słowo, śmiała się wniebogłosy. Dla niej to nie istniało, choć bez miłości życie nie ma również sensu, czyż nie?
Czy nie przez nią było tyle wojen? Czy to nie przez nią ludzie popełniali samobójstwa?
Tak, właśnie tak.
-Hej, mała!
Donośny krzyk, rozniósł się po całym osiedlu tak, że Lily obudziła się z zamyślenia.
-Cześć John - odpowiedziała, ściskając brata. -Pomożesz mi z tym?
Jego wzrok padł na czarną walizkę, którą z uśmiechem wziął w dłonie.
-Ale wiesz, przy wejściu są jeszcze dwie - uśmiechnęła się szczeniacko, wymijając ze śmiechem brata.
-Dlatego wziąłem ze sobą pomoc - odkrzyknął, machając dłonią w stronę auta.
W ich stronę podążał młody, choć na oko Cassie dwudziestoletni chłopak z dziwnie kolorowymi włosami opadającymi mu na czoło.
-Mike - odrzekł chłopak, patrząc uważnie na Cassie.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, patrząc na niego jak na idiotę.
Jednak po chwili sama miała ochotę walnąć sobie w twarz. Wyciągnęła rękę, którą nowo poznany chłopak uścisnął.
-Cassie, miło mi cię poznać - oznajmiła, próbując uśmiechnąć się jak najlepiej.
-Mnie również.
-Clifford rusz swój śmierdzący tyłek i mi pomóż!
Oboje zaśmiali się chórem i ruszyli w stronę kamienicy.
-To wszystko, czy czasami nie zostawiłaś czegoś dwie ulicy wcześniej - stwierdził sarkastycznie John, uśmiechając się przy tym drwiąco.
-To wszystko, dziękuję wam obu.
Wyminęła ich szybko, udając się do swojego NOWEGO pokoju, gdzie na nowo miała ułożyć sobie życie.
Pokój nie był ani za duży ani za mały. Dla Cassie był idealny.
Cztery ściany pokrywał beżowy kolor, na środku stało średnich rozmiarów łóżko z szafką nocną obok, a naprzeciwko stała biała szafa.
-Bardzo milutko - stwierdziła, podchodząc do łóżka na które rzuciła się z szybkością światła. Złożyła dłonie na karku, wpatrując się beznamiętnie w sufit.
-Teraz musi się udać.



Siedziała na kanapie, wpatrując się w ekran laptopa. Od ponad dwóch godzin szukała optymalnej propozycji pracy, ale nie znalazła niczego prócz nic nie znaczących ogłoszeń. Z cichym westchnięciem zamknęła klapę laptopa, idąc w stronę kuchni.
Dlaczego zamiast być na jakieś szalonej imprezie,
Cassie siedziała sama w mieszkaniu i traciła czas na nic nie robienie?
Odpowiedź była banalnie prosta; nie cierpiała być w tłumie ludzi. Uznawała to tak, jakby ktoś wszedł jej prosto do toalety, kiedy brała prysznic. Lub w skrócie uwielbiała nazywać to "nadużywaniem prywatności". Kiedyś uznała, że powinna iść z tym do psychiatry, ale stwierdziła, że nawet psychiatra nie jest wart jej uwagi.
Zmarszczyła brwi, zdając sobie sprawę z jednej rzeczy. Przyjechała tu po to, aby zmienić swoje dotychczasowe życie.
Więc?
- No to idę pod prysznic.
Jedynie czego pragnęła, to zapomnienie. Chwyciła telefon, wybierając pierwszy numer na jej liście kontaktów.
-Wiedziałem, że się zdecydujesz - odparł głos po drugiej stronie.
-No cóż, starych przyzwyczajeń nie da się zapomnieć - uśmiechnęła się, czując, że postępuje dobrze.



Nawet w stanie twoim i moim.

Jak mogłam odmówić"

Prolog

Dlaczego, kiedy zamykam swoje oczy, to widzę Twoją twarz? 
Dlaczego, tak często przekonuję samą siebie, że tak bardzo chcemy się spotkać, mimo iż ciągle od siebie uciekamy? 
Dlaczego wciąż żyję mylnymi wrażeniami, które opisują mi Ciebie takim, jakim chciałabym żebyś był?
Jedyna pewna rzecz, którą o sobie wiemy to to, że istniejemy. I choćbym, nie wiem, jak bardzo chciała się okłamywać, to i tak znikąd nie dostanę nigdy potwierdzenia, czy tak jest w istocie.
Teraz już nawet nie wiem, czy to, że nasze decyzje tak bardzo nas od siebie oddaliły były uzasadnione, czy też nie.
Myślałam, że idziemy naprzód, przekraczając po drodze wszystkie bariery, a tak naprawdę postąpiliśmy naprzód zaledwie dwa duże kroki, by potem cofnąć się setką małych, nieporadnych, niepewnych kroczków.
Nawet oboje minęliśmy punkt wyjścia. Stoimy teraz daleko za nim. Jak mamy znów do niego dojść? Czy w ogóle możemy się ruszyć? Czy też będziemy stać tak, dopóki los nie pośle nas na inne drogi?
Chciałabym, abyś wiedział, że bez Ciebie nie postąpię ani jednego kroku. Bez Ciebie ta droga jest dla mnie nie do przebycia. Nie ma sensu, bym kroczyła nią samotnie, skoro ona jest stworzona dla nas dwojga.
Wybacz, pewnie nawet nie mam prawa tak o nas pisać. I nawet teraz nie ma żadnych "nas". Jestem tylko ja, i jesteś tylko ty.
Prawdopodobnie pragniemy dwóch, skrajnie różnych rzeczy.
Które z nas jest silniejsze na tyle, by przecząc swym instynktom, doprowadzić to wszystko do przejrzystego końca?
Ty zdecydowałeś się jednak czegoś dokonać. Twój ruch nie był ani prosty, ani sensowny, a może i nawet nie był przemyślany...
Choć, może po prostu był tak oczywisty, iż nie musisz pozwalać sobie na robienie jeszcze czegokolwiek, i tylko ja jestem tak bardzo nie rozumna, iż nie potrafię tego odczytać?
Chciałabym wiedzieć, czy Twoim posunięciem było zejście z naszej drogi? Może już nawet nie mam o co walczyć, bo nawet nie zauważyłam, że nie ma Cię nigdzie w pobliżu?
Zaślepiona marnymi sygnałami, przeoczyłam fakt najistotnieszy - że nikt ich już nie wysyła.
Jak mogłam kiedyś sądzić, iż się rozumiemy? Teraz zaczynam myśleć, że żadne z nas nie miało nawet najmniejszego pojęcia, co kryje się w umyśle drugiego.
Twoje nieustanne zmiany, zmieniały coś we mnie samej.
Wiesz, że nawet potrafiliśmy się do siebie tak doskonale dopasować? Doskonale dla mnie. Ale cóż ja mogę wiedzieć o doskonałości, nie mając przy sobie Ciebie?
Bywały dni, kiedy z radością odliczałam każdą sekundę do naszego kolejnego spotkania. Zdarzało się również, iż ogarniała mnie panika na samą myśl, że mógłbyś mnie zobaczyć. W takich chwilach bałam się Ciebie tak bardzo, iż niemal strach ten obezwładniał mnie, niczym dusiciel - odbierając mi każdy haust powietrza.
Ty wcale mi nie pomagałeś, a ja uważałam się za taką odważną - kiedy stawałam ze wzrokiem wbitym w swoje śmiertelne zagrożenie - Ciebie.
Był nawet taki dzień, kiedy byłam na Ciebie po prostu wściekła, grałeś mi na nerwach tak jak chciałeś, wiedząc, co dokładnie zrobić.
Pragnęłam sprawić, abyś poczuł się podobnie, chciałam być wredna. Chcę być wredna, ale nawet nie wiem, czy uda mi się omijać Cię największym łukiem, jakim się da. A gdy już przestanę Cię spotykać, czy będę miała tyle odwagi, by znów wpasować się w swoją rzeczywistość bez Twojej osoby?
W rzeczywistość, w której będziesz, taki jaki być powinieneś - niedostępny, zimny, obojętny i nie dla mnie.
Jeśli właśnie tego sobie życzysz - zniknę z Twojego życia, dokładnie tak gwałtownie, jak się w nim pojawiłam. Zwrócę Ci Twoje miejsce - bo ono jest Twoje, byłeś w nim pierwszy już wtedy, kiedy nie sądziłam, że istniejesz.
Nie zważając na swoje wewnętrzne protesty, po prostu spalę za sobą wszystkie mosty i zbuduję na nowo wszystkie tamy, które, jak mi się wydawało, wspólnie obaliliśmy.
Spróbuję zapomnieć i nie próbować niczego wyjaśniać, jeśli nie chcesz, bym się dowiedziała.
Pomyślisz pewnie "Jak mógłbym jej zaufać? Dlaczego właśnie jej? Dlaczego czuje się godna uzyskania odpowiedzi na takie pytania?"
I będziesz miał słuszność.
Dlaczego czuję się tego godna? Dlaczego myślę, że jestem Ciebie warta?
Kogoś takiego jak Ty?
A kim Ty właściwie jesteś?





Jeśli przeczytałaś/eś, proszę skomentuj